Uwaga - Przechowuję dane osobowe: numer IP. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zaprzestań korzystania z serwisu!


Fotografie Muzyka O mnie Linki Strona główna

Witaj, jesteś 42834 gościem odwiedzającym tę stronę.

Informacje

O stronie:
Strona była na początku przepisaniem strony mojego brata, ale później przebudowałem ją i wygląda tak jak widać.
Do edycji nie używam żadnych graficznych bzdetów tylko piszę czystym kodem html/php. Dzięki temu jestem w stanie jako tako zapanować nad tym co się tutaj dzieje.
Piszę całkowicie w systemie Linux (teraz może nie jest to hardcore, ale jak zaczynałem w 2006 roku, to było...), głównie w zwykłym terminalu. Podczas pisania strona była sprawdzana w przeglądarkach Firefox (i konqueror) i Links, przy rozdzielczościach odpowiednio 1024x600 i 128x37. Wyglądała wówczas ładnie. Przypuszczalnie inne przeglądarki poradzą sobe równie dobrze. Sprawdzono już w Operze, MSIE a także w Android web browser; też OK. Jeśli jednak u Ciebie nie jest OK, możesz się ze mną skontaktować.


O mnie:
Leszek Płocieniak
Rocznik 1984
email - leplo (at) wp (dot) pl
GG - (ktoś tego jeszcze używa?) - 4538764
skype leszek.plocieniak Od urodzenia mieszkałem we Wrocławiu, w tym mieście uczyłem się, poznawłem różnych ludzi, rozwijałem swoje pasje i jak do tej pory jestem związany z tym miastem. Nie tylko nauka wiązała mnie z Wrocławiem. Równie istotne są, a może raczej były zawarte znajomości. Nie bez znaczenia była też okolica... Mało co było bez znaczenia.
Zamiast opisywać po kolei - zacznę opisywać tematycznie, bo kolejnością wszystko się przeplata a tematy - zostaną tematami.

Po pierwsze nauka i praca:

O nauce przedszkolnej nie będę pisał głównie dlatego, że po prostu nie pamiętam. Poza tym - jakie to ma teraz znaczenie.
W 1991 roku zacząłem naukę w szkole podstawowej - Szkołą podstawowa nr 82 im. Budowniczych Wrocławia przy ulicy Blacharskiej 13. W 1999 roku planowo skończyłem szkołę podstawową i zacząłem uczyć się w liceum - XXI LO im Feyderyka Juliot Curie przy ul. Ostrowskiego 22, do klasy o profilu informatycznym - obecnie szkoła znajduje się przy ul. Braniborskiej) po którym w 2003 roku udało mi się zdać maturę (do tej pory nie wiem jak to się stało, że z Języka Polskiego dostałem dostateczny - liczyłem co najwyżej na ocenę mierną) i dostać na studia na Wydziale Mechanicznym na Politechnice Wrocławskiej - kierunek Automatyka i robotyka, specjalizacja Automatyzacja maszyn i procesów roboczych. Będąc na uczelni udało mi się założyć koło naukowe "elektrohefajstos", ale nie działało zbyt prężnie - nie wiem nawet czy nadal istnieje. Podczas studiów działałem też w innym kole naukowym - "Robocik", w którym programowałem sterowniki ST7. Głównie w assemblerze, choć nie mogłem napisać bardziej złożonych programów. Później pociągnąłem zaiteresowania na język C - no i całe szczęście po tej przesiadce znaleźli się lepsi ode mnie i oni dalej ciągnęli development w kole. Normalną koleję rzeczy w kołach naukowych są referaty na konferencjach - i mnie to nie ominęło. Poza tymi związanymi z kołami naukowymi, miałem też swoje 5 minut jeżeli chodzi o historię techniki - konkretnie fotografię. Podczas studiów obowiązkowe były praktyki zawodowe. Pierwszą odbyłem w firmie DeLaval po tym jak firma w której miałem te praktyki pierwotnie odbyć mnie wyrolowała. Może i dobrze się stałó. Zobaczyłem przemysł od spodu - mając sporo kontaktu z najniższym szczeblem hierarhicznym większości przedsiębiorstw produkcyjnych (nie znaczy to oczywiście, że ludzie są tam jacyś gorsi!). Miałem też kontakt z ich przełożonymi - tak naprawdę sporo kursując między jednymi i drugimi. Następnie praktyki odbyłem w firmie WPH (Wytwórnia Pomp Hydraulicznych). Tam jeden z inżynierów odchodził i nabrał praktykantów na okres już po swoim odejściu... Wobec tego upchnięto mnie gdzie się dało, jednak zachowując profil. Tak trafiłem do działu kontroli przyrządów pomiarowych. Później do działu utrzymania ruchu. Studia przeciągnęły mi się o kilka miesięcy. Trochę zawaliłem z wyborem promotora a trochę z pisaniem pracy. Tak czy siak - semestr w plecy. Pracę magisterską obroniłem na początku marca 2009 roku z całkiem niezłym wynikiem. Teraz mogę sam ocenić, że praca faktycznie to był gniot - czysto teoretyczna, bo choć przedmiot pracy faktycznie istniał w laboratorium to nawet nie miałem okazji zobaczyć go na żywo... Po studiach, (i to technicznych) zacząłem szukać pracy i jakoś tak wyszło, że wszędzie potrzeba inżynierów, ale z doświadczeniem zawodowym, którego na początku nie miałem). Na szczęście dzięki mamie i jej znajomości na uczelni (Uniwersytecie Wrocławskim) zacząłem się doszkalać ze znajomości języka angielskiego (preferencja polegała na możliwości wyboru najbardziej odpowiednich godzin a nie samego faktu zapisania).
10 maja 2010 roku zacząłem pracę w firmie KaDe... czyli pracowałem dla Volvo jako inżynier do spraw części zamiennych. Dwa razy byłem w Szwecji - w 2010 i 2012 roku. Pracę dla Volvo zakończyłem z powodu likwidacji działu w Polsce i nie miała znaczenia moja ocena u poprzednich szefów (którzy dosyć często się zmieniali). Nawet przed odejściem proponowano mi przejęcie innego stanowiska, ale wciaż jako konsultant (czyli dalej w KaDe), więc nie przyjąłem
1 kwietnia 2014 roku zacząłem pracę w firmie Gigaset Communications. Jestem tam programistą, piszę oprogramowanie dla telefonów bezprzewodowych (w języku C). Nawet kupiłem produkt, który rozwijałem - spisuje się naprawdę nieźle.

Po drugie góry, wycieczki itp:

Chodzenie po górach zacząłem, jak pewnie większość dzieci, z rodzicami - żeby pooddychać powietrzem i trochę poznać przyrodę. Nie robiłem jeszcze wtedy zdjęć, więc nie jestem w stanie zweryfikować - może kiedyś znajdę czas, żeby z tatą przejżeć stare fotosy. Świadome i udokumentowane chodzenie po górach zaczęło się w 1995 roku. Wtedy to pojechałem na obóz wędrowny z krakowską drużyną harcerską. Wyjazd był możliwy, bo druh Leszek Watycha pozwolił pojechać. Kilka słów wyjaśnienia dotyczące Leszka Watychy: To harcmistrz, Harcerz Rzeczypospolitej (najwyższy stopień w harcerstwie), drużynowy 19 krakowskiej lotniczej drużyny (19KLDH Słoneczne drogi). Swój początek w harcerstwie zawdzięcza swojemu kuzynowi a mojemu dziadkowi, Wiesławowi Krzywdzie - a potem wsiąkł i rozwijał się w harcerstwie. Niestety już nie żyje...
Dzięki temu obozowi - jak i również następnym - zacząłem chętnie wyjeżdżać w góry. Niestety tylko w wakacje ale to i tak było sporo. W ten sposób schodziłem większość gór w naszym kraju, choć z Leszkiem Watychą nigdy nie byliśmy w Tatrach i w Karkonoszach. Karkonosze już obchodziłem bez Watychy, za to miałem innych kompanów. Z chodzeniem po górach wiązało się zdobywanie odznak - początkowo była to fajna zabawa, ale później postanowiłem kontynuować zdobywanie GOT. Mam już wszystkie małe stopnie GOT a teraz zdobywam najwyższy stopień GOT - "Za wytrwałość" (ominąłem duże stopnie GOT, może kiedyś je zdobędę chodząc po górach z synem). Ostatnio ze względu na syna chodziłem z nim w nosidełku - ciężka sprawa, zwłaszcza że takie małe dziecko trzeba dosyć regularnie karmić i przebierać - a trudno przebrać dziecko na dworze w deszczu przy temperaturze kilku stopni an plusie... No dobra, dach może gdzieś się znajdzie, ale wciąż przebieranie na zimnie to proszenie się o kłopoty. Poza wycieczkami w góry zdarza mi się też robić inne wycieczki (motocyklowe) - niestety niewiele ich odbyłem - może ze względu na awaryjny motocykl. Chciałbym jednak trochę pojeździć i pozwiedzać kraj nie tylko z perspektywy gór ale też i z perspektywy dróg.

Po trzecie muzyka:

Od najmłodszych lat miałem kontakt z muzyką. Tata grał na pianinie w domu, grał też na gitarze, choć zdecydowanie mniej. Rodzice śpiewali w chórze. W domu były różne instrumenty muzyczne - pamiętam gitarę i mandolinę (tę ostatnią razem z rodzeństwem niestety zniszczyliśmy jako dzieci), no i oczywiście pianino. Około 12 roku życia sam zacząłem uczyć się grać na gitarze - na początku w MDK (miejskim domu kultury) przy ul. Kołłątaja we Wrocławiu. MDK jednak zaczęło uczyć mnie od pojedynczych strun i grania prostych melodii z nut - nie tak sobie wyobrażałem grę na gitarze. Zrezygnowałem więc z nauki w MDK i zacząłem sam pogrywać akordami - tata nauczył mnie podstawowych - a, d i E.- na których można było grać już jakieś melodie - a raczej akompaniować do niektórych piosenek. Tak sobie pogrywałem przez wiele lat, z czasem zacząłem grać na obozach wędrownych. Nie bez znaczenia było też to, że mogłem po szkole wziąć gitarę i pójść na działkę (POD - pracownicze ogródki działkowe, żeby nie było niedomówień o co chodzi z tą działką) i grać sobie tam - nie niepokojąc nikogo i nikomu nie przeszkadzając. Sporo dało mi to że któregoś razu na giełdzie tata kupił mi (za niewielkie pieniądze na szczęście) resztki z gitary 12 strunowej. Wtedy zabawa zaczęła się na nowo. Tę gitarę mam do dzisiaj. Niedawno, w 2014 roku zacząłem grać w scholi i wtedy pomyślałem, żeby może tak kupić nową gitarę - oczywiście 12 strunową. Ostatnio też zacząłem grywać na ukulele, daję też je do zabawy synkowi - niech się oswaja z instrumentami. Około 2009 roku napisałem kilka piosenek. Tak sobie cały czas myślę, że może by jeszcze coś napisać, ale nie przychodzi mi nic na język (a może właściwie to na palce) i tak już kilka lat noszę się z tą myślą. Mam takie marzenie muzyczne - żeby umieć grać na organach, ale obawiam się, że ze względu na trudności w zdobyciu instrumentu pozostanie to tylko marzeniem. Trudno też uczyć się grać bez klawiatury... Ostatnio próbuję swoich sił na pianinie i na akordeonie. Mam też w szafie i trochę ćwiczę na gitarze basowej. Niestety trudno znaleźć czas na regularne ćwiczenia, dlatego poza gitarą nie mogę powiedzieć, że gram na czymś innym.

Po czwarte komputeryzacja:

Początkiem był gumiak (ZX spectrum) przynoszony przez tatę do domu - niezbyt często, ale jednak. Później był już w domu ZX spectrum + (już z plastikową klawiaturą). Następnie Atari 800XL. Około 1994 roku tata kupił do domu komputer PC - z procesorem 286, 512kB RAM i 20MB HDD. Ale to była maszyna! Komputery klasy PC przebiły się i stały popularne (może ze względu na modułowość ale pewnie nie tylko) i coraz to bardziej rosły w siłę wygryzając praktycznie wszystko inne. W domu cały czas był komputer, słabszy mocniejszy - nigy nie był super mocny, bo komputery od zawsze były drogie... przynajmniej te mocne. W pewnym momencie dostałem od mamy jakiś stary komputer (486DX2-66), przynajmniej wówczas już stary. Wtedy też zacząłem kombinować z systemami operacyjnymi i bawić się w programowanie. Może wcześniej, ale na pewno nie później niż w 2003 roku zacząłem używać systemu Linux. Ehh ale był wtedy toporny. Dystrybucje które próbowałem to Mandrake Linux, Red Hat linux, SuSe Linux i Slackware Linux. Wszystko to jednak działało tak jakoś dziwnie. Inna sprawa że nie umiałem najlepiej sobie radzić z konfiguracją. Koniec końców używam dystybucji Slackware Linux - wielu uważa ją za martwą, ale na kilkuletnim komputerze i tak nie ruszy najnowsze oprogramowanie - za słaby ten komputer. Slack akurat jakoś chodzi, bo właśnie nie jest najnowszy a konfiguracja (co jest zaletą dla mnie) jest po prostu jawnie w plikach a nie w magicznych skryptach.

Po piąte sport:

Nie jestem jakoś specjalnie wysportowany, trochę ze względu na budowę ciała, trochę ze względu na chęci (lub raczej ich braku). Pamiętam, że w szkole podstawowej nie spotykałem się z kolegami na szkolnym boisku, żeby pokopać piłkę - jakoś nie ciągnęło mnie kopanie piłki. Za to czasem tata zabierał mnie na siatkówkę, gdzie grał w amatorskim zespole. Później na jakimś badaniu w szkolnym gabinecie lekarskim okazało się, że mam krzywy kręgosłup. Basen łączony z gimnastyką korekcyjną nie było dla mnie szczęśliwym rozwiązaniem. Nie wiem czy ze względu na słabego prowadzącego czy ze względu na choroby (przeziębienia po basenie). Na szczęście w pobliżu funkcjonował klub "Wrocławska Akademia Taekwon-do". Zapisanie mnie tam to był strzał w dzisiątkę. Zajęcia z trenerem Andrzejem Undro bardzo mi się podobały i z chęcią chodziłem na treningi. Osiągnąłem przedostatni stopień uczniowski. W pewnym momencie wystartowałem w mistrzostwach makroregionu (w Stroniu Śląskim). Niestety bez sukcesu. W układach oponent się pomylił, a ja zamiast skupić się do samego końca, to pomyślałem, że już mam zwycięstwo w kieszeni... i też się pomyliłem i to jeszcze gorzej. W walkach trafiłem na gościa, który nie zamierzał podnieść nóg - walił samymi rękami i to z wielką szybkością. Wygrał decyzją sędziów 2:1. Pamiętam jak potem w szkole mieliśmy kiedyś lekcję boksu. Też przegrałem swoją walkę, ale to nie ja chodziłem przez tydzień z sińcami pod oczami.Treningi przerwały się w sposób naturalny po przeprowadzeniu się do Nadolic. Bariera odległości okazała się za silna (dla osoby, która poruszała się na rowerze / na simsonie <> z miejsca na wschód od centrum Wrocławia odległego o ok 15km), a może to już wtedy zaczęło brakować czasu (sam przejazd tam i z powrotem na rowerze to ponad dwie godziny czasu, na simsonie niewiele mniej), nie wiem. Faktem jest, że przestałem trenować taekwon-do. Z Nadolic trochę bliżej niż na ulicę Hallera było do Kamieńca Wrocławskiego, gdzie w budynku szkoły grała lokalna drużyna siatkówki. Potem drużyna przeniosła się do szkoły w Czernicy, też daleko, ale wtedy dysponowałem już samochodem i odległość nie była przeszkodą (zwłaszcza, że nie trzeba było pakować się do Wrocławia i przebijać przez centrum). Z tą drużyną siatkówki grałem nawet na otwartych mistrzostwach Wrocławia (drużyna o nazwie Calcium Kamieniec), gdzie nawet awansowaliśmy do drugiej ligi. Na poprawę sprawności kilka razy poszedłem na zajęcia z jogi, ale już tego nie robię. Nawet już nie jeżdżę rowerem do pracy - od kiedy mam motocykl już nie chcę mi się na rowerze (szkoda czasu - motocyklem zaoszczędzam po ok 20 minut w każdą stronę), a od czasów liceum jeździłem prawie codziennie niezależnie od pogody. Nie miałem licznika kilometrów przy rowerze, ale kręciłem przez 4 lata liceum (po 5 km w jedną stronę), 5 lat studiów (przeprowadzka do Nadolic, więc odległość wzrosła do 15km w jedną stronę), 4 lata pracy w KaDe (ok 10km w jedną stronę). Po skończeniu pracy w KaDe kupiłem nowy rower z licznikiem kilometrów. Przez 2 lata nakręciłem ok 9000km, a do pracy mam ok 14 km w jedną stronę.

Po szóste motoryzacja:

Od kiedy pamiętam w domu zawsze był samochód. Mieliśmy więc za moich dziecięcych czasów malucha w kolorze żółtym (bardzo lubiła nim jeździć moje siostra), skodę spartak ('1954) (tę z kolei ja bardzo lubiłem) i skodę octavię (rocznik 1956, potem volkswagen wypuścił w okolicy roku 2000 samochód o tej samej nazwie), zieloną skodę 100. Następnym samochodem, jaki pamiętam z rodzinnego domu, to mazda 323 ('1981) i renault 19 (1991). Po zdaniu egzaminu na prawo jazdy mogłem jeździć mazdą (wcześniej wymienionych samochodów już nie było, poza renaultem) i w kilka dni po odebraniu dokumentu wybrałem się z kolegą na wakacje. Mazda paliła olej i przez dziury w bagażniku oraz rurze wydechowej spaliny było czuć w środku. W jednym z czylindrów po dłuższej pracy gromadził się olej na świecy i mostkował ją (na 3 źle się jechało). Poza tym w maździe nieźle się spało, bo fotele były wygodne, a miejsca było całkiem sporo jak na tak niewielkie autko. Renaultem też jeździłem, głównie przewożąc różne rzeczy z mieszkania na grabiszynku do Nadolic. Jakoś w 2005 roku mazdę odwiozłem na ostatnią podróż (po tym jak układ hamulcowy zaczął odmawiać współpracy) i kupiliśmy mitsubishi colta, który towarzyszył mi aż do 2015 roku. Wtedy z żoną kupiliśmy dacie logan mcv.
Ciekawszą jednak część rozdziału motoryzacji stanowią jednoślady: Jak już wspomniałem, do szkoły (od czasu liceum) jeździłem na rowerze. Niezależnie od pogody. Zajechałem od tamtego czasu kilka rowerów (bo używamtak długo, aż nie opłaca się już ich naprawiać). Głównie ze względu na trudne warunki eksploatacji. W czasach studenckich potrafiłem dojechać z Nadolic na Wybrzeże Wyspiańskiego w 35 minut (tj. ok 15km). Jakoś tak w liceum spotkałem kolegę z czasów przedszkolnych, Krzyśka Matysika (trafiliśmy do różnych klas, on A, a ja B w tej samej szkole. Pamiętam, że kiedy były zapisy do szkoły mama pytała czy chcę do A czy do B i pamiętając, że Krzysiek ma iść do B tak właśnie powiedziałem - źle pamiętałem. Po latach jednak nie żałuję, bo zawiązałem fajne znajomości - niestety do nikogo nie mam już kontaktu...) i razem zajęliśmy się jednośladami z silnikiem. Tata kiedyś kupił na targu silnik sowieckiej produkcji z zamiarem użycia go jako napęd dla pompy (nie wiem jak i chyba tata też nie wiedział) i silnik leżał nieużywany, a fabrycznie nowy. Wcisnąłem ten silnik do ramy rowerowej wkładając w to sporo pracy. Krzysiek też ze mną pracował, i Marcin też (Marcina z kolei poznałem w drugiej klasie podstawówki i się zaprzyjaźniliśmy - w piątej klasie Marcin wyjechał do Lubartowa, żeby wrócić do wrocławia po skończeniu podstawowej, wówczas 8-klasowej, szkoły). Udało się nam skonstruować całkiem pokraczny pojazd, zdolny jednak do jazdy ok 50km/h. Potem (zanim jeszcze skończyłem 18 lat) tata kupił mi motorower z krwi i kości - komara 2350. Komar był na tyle niezawodny, że bardzo szybko nauczyłem się rozkręcać i skręcać jego jednostkę napędową... Jeździliśmy więc, głównie z Marcinem, na różne wycieczki w okolicach bliższych i dalszych. Kilka razy nawet byliśmy w Sobótce (2x40km na komarze to max co można było przejechać bez poważniejszej awarii, więc uważam to za sukces, że ani razu nie trzeba było nas ściągać z trasy - zawsze udało się wrócić o własnych siłach do domu). Pod koniec liceum zbierałem pieniżdze na 18 urodziny, żeby rodzicom opłacić jakąś wycieczkę i 18-tkę zrobić w domu. Okazało się, że nie było trzeba, bo rodzice sami opłacili sobie wyjazd, a pieniądze powiedzieli, żebym sam jakoś wydał. Udało mi się za pomocą "dziadka motocyklowego" (Andrzej Dobrowolski) znaleźć simsona S50 ('1979) do kupienia za niewielką kwotę 300zł (normalnie chodziły wtedy ok 5 razy drożej), jednak całkowicie rozkręconego (niemal kompletnego). Wystarczyło złożyć i dorobić instalację elektryczną. Niedługo potem pozbyłem się komara, a pokraczny składak zalega w szopie w Nadolicach. Na simsonie kontynuowaliśmy przejażdżki - teraz Sobótka nie była już wyzwaniem. Po przeprowadzeniu się do Nadolic simsonek służył mi do dojazdów na uczelnie (rower też!), ale i popołudniami. W międzyczasie kupiłem jeszcze drugiego simsona - S51, też do remontu. No, na 2 sztukach to się jeździło na wycieczki znacznie bardziej komfortowo. Niestety Znajomość z Marcinem się skończyła, właściwie nie wiem dlaczego - przestał odbierać telefony i skończyły się też krótkie wycieczki dookoła komina. Pracując w Volvo dostałem od Mirka motocykl Jawa 350 - brat miał go od dawna, a nie miał uprawnień do prowadzenia go. Jako że akurat niedawno zdałem egzamin na kat A, to Mirek obdarował mnie tym zabytkiem czechosłowackiej motoryzacji. Jeździłem trochę jawą do pracy. Niestety jak to komunistyczny motocykl - był dość awaryjny. Kupiłem od "dziadka motocyklowego" motocykl Kawasaki KZ750 ('1980), oczywiście do remontu... CDN

Po siódme fotografia:

Jeszcze napiszę dalszy ciąg...
Tak wyglądałem w 2012 roku i niewiele się zmieniło.
fota 800x480 [3MB]

O Tobie:

Strona powstała: 2019-11-18 4:50:56
Twoje namiary: 34.237.51.35 (ec2-34-237-51-35.compute-1.amazonaws.com)

Twoja przeglądarka i system są OK:
CCBot/2.0 (https://commoncrawl.org/faq/)

Wyświetleń strony: 1126

Update: 2018-08-22 21:42:55.